Czy używanie marihuany w ciąży jest bezpieczne? Profesor Kim Pilyoung z University of Denver postanowiła przeprowadzić badania, które mają to zweryfikować. Profesor Pilyoung podjęła się takiego badania m.in. ze względu na dużą ilość zapytań w tej sprawie. Pojawiła się także kwestia medycznego używania marihuany przez kobiety w ciąży.

Poranne mdłości i wymioty w trakcie ciąży to nic nadzwyczajnego. Te oraz inne dolegliwości towarzyszące przyszłym mamom występują też przy pewnych chorobach, często najlepszym lekiem okazuje się na nie medyczna marihuana. Wiele ciężarnych matek decyduje się na samoleczenie, używając marihuany. Jednak wpływ konopi indyjskich na rozwijający się płód nie został do tej pory zbadany naukowo. Badanie profesor Pilyoung jest pierwszym badaniem, które ma rozwiać wszelkie wątpliwości – informuje Globe Stats

Używanie marihuany w ciąży

Okazuje się, że spora część ciężarnych w Kolorado używa konopi indyjskich. Według CDC 16% kobiet w ciąży w wieku od 18 do 44 lat regularnie używa marihuany.

Jest to wykorzystywane przez grupy będące przeciwko marihuanie. Szef jednej z nich, Luke Niforatos, powiedział w wywiadzie dla Fox News Denver:

„Istnieje wiele potwierdzonych naukowo badań, które wskazują, że używanie marihuany w czasie ciąży jest bardzo niebezpieczne.”

Jednak nie potrafił wymienić żadnego z nich.

W bardziej obiektywnym oświadczeniu Departament Zdrowia Publicznego w Kolorado stwierdził, że „nie jest znana bezpieczna ilość marihuany podczas ciąży.” Aby to stwierdzenie nie było mylące należy dodać, że jak dotąd nie ma też ustalonej niebezpiecznej ilości używania marihuany przez kobiety w ciąży. Dzięki swoim badaniom Kim ma nadzieję to zmienić.

Badania

Badanie prowadzone przez Kim jest dość proste. Po uzyskaniu dofinansowania od National Institute of Drug Abuse, bezzwłocznie przystąpiła do przygotowania swojego eksperymentu. Wraz z kolegami postanowili monitorować dwie oddzielne grupy ciężarnych matek – jedną, która regularnie będzie zażywała konopie indyjskie i drugą, która marihuany używać nie będzie w ogóle. Zespół ma rok na przeprowadzenie badania. Oprócz monitorowania zdrowia i fizjologii zarówno matki, jak i płodu podczas ciąży, zarówno dziecko, jak i matka zostaną poddane MRI po porodzie. Badacze mają nadzieję, że rzuci to światło na neurologiczne skutki, jakie marihuana może mieć na rozwijające się niemowlę.

Wokół badań zapewne będzie trochę kontrowersji jednak jest to chyba jedyna metoda aby się przekonać jaki wpływ na płód może mieć używanie marihuany w ciąży. Ma to szczególne znaczenie dla ciężarnych potrzebujących medycznej marihuany.

Na stypie w jednej z niemieckich restauracji gościom podano ciasto z marihuaną. Jak się później okazało, wypiek nie był przeznaczony dla gości i na stół trafił przypadkowo. Gdy ciasto „zaczęło działać”, dezorientowani żałobnicy wezwali pogotowie.

Ciasto z marihuaną na stypie

Sytuacja miała miejsce na stypie w jednej z restauracji w mieście Rostock. Chwilę po zjedzeniu deseru przybyli na stypę goście, w tym wdowa, zaczęli skarżyć się na zawroty głowy i mdłości. Okazało się, że na deser podano ciasto z marihuaną.

Ustalono, że nie było to celowe. Jedna z pracownic restauracji, upieczenie ciasta zleciła swojej 18-letniej córce. Ta natomiast upiekła jedno ciasto także dla siebie, dodając do składu marihuanę. Następnie, po ostygnięciu wypieki trafiły do lodówki, skąd niczego nie świadoma mama dziewczyny podała je gościom.

Po zjedzeniu deseru pomocy medycznej potrzebowało 13 osób. W najgorszym stanie była wdowa, trafiła do szpitala.

Na szczęście od marihuany się nie umiera i goście jedynie najedli się strachu. No i ciasta z gandzią.

Do zdarzenia doszło 12 sierpnia, jednak policja z szacunku do żałobników nie upubliczniła wcześniej tej informacji.

Wobec dziewczyny, która przygotowała ciasto wszczęto postępowanie.

Źródło: The Guardian

W zeszłym tygodniu mieliśmy przyjemność gościć na Central European Cannabis Forum Warszawa 2019. CECF jest pierwszym tego typu wydarzeniem w naszym kraju, wydarzeniem na które czekaliśmy i które mamy nadzieję, że będzie organizowane regularnie.

Central Europe Cannabis Forum CECF 2019 Warszawa

Konferencje i fora takie jak CECF to wydarzenia mocno branżowe. Głównym celem wizyty na tego typu inicjatywach jest posłuchanie mądrych ludzi, poznanie nowych osób działających w branży konopnej, wybadanie nowych trendów, zawieranie współpracy i inicjacja nowych projektów.

Takie wydarzenia często napędzają branże, a zainteresowanym wejściem w konopny biznes może dać pogląd jak on wygląda w naszym kraju, europie oraz na świecie.

Dla osób z jakiegoś powodu interesujących się tym sektorem, nie ma lepszej okazji porozmawiania z pionierami i przedstawicielami polskiej branży konopnej. Rolnicy, plantatorzy, przetwórcy konopi włóknistych, producenci produktów CBD, przedstawiciele największych firm produkujących medyczną marihuanę, przedstawiciele konopnych mediów, działacze, aktywiści i konopni artyści oraz wielu innych to osoby, które można spotkać na konferencji. Dlatego brakowało mi tego typu wydarzenia na naszym podwórku. Na szczęście braki zostały już uzupełnione.

Tematy poruszane na forum CECF dotyczyły marihuany medycznej oraz konopi włóknistych. Przedstawiciele największych działających w naszym rejonie firm takich jak Spectrum Terapeutics czy Aurora mówili o sprawach związanych z tym tematem w naszym kraju ale można było też posłuchać ekspertów od rynku niemieckiego, który jest jednym z największych rynków medycznej marihuany w europie. Nie mogło tez zabraknąć liderów leczenia medyczną marihuaną w Polsce, nie mogło zabraknąć dr. Bachańskiego, Doroty Gudaniec czy Pauliny Janowicz, a o konopiach włóknistych mówili m.in. Maciek Kowalski i Mariusz Żak.

Odbyły się też panele o tematyce inwestorskiej oraz związane z konopnymi start-up’ami.

Największymi nieobecnymi CECF byli politycy, którzy mimo, iż nic o konopiach nie wiedzą to tworzą dotyczące ich prawo. Piotr „Liroy” Marzec mówił, że mimo, iż do wielu z nich zostały wysłane w tej sprawie wiadomości – nikt nie raczył nawet odpisać. To straszne i smutne, że urzędnicy mają gdzieś wartą miliardy branżę, która pozostaje u nas w podziemiu, pieniądze trafiają do bandytów, a obywatele są karani więzieniem za kilka gramów suszu. Ustalić złe prawo potrafili, przyjść porozmawiać o jego skutkach i ewentualnych zmianach już nie potrafią.

Oto kilka zdjęć jak było na Central European Cannabis Forum Warszawa 2019. Czekamy na kolejną edycję.

 

Handlowa porcja marihuany, takie stwierdzenie pada dość często, gdy policja lub media informują o przestępstwach związanych z konopiami indyjskimi. Często też jest to jedyny podawany do informacji wyznacznik ilości zabezpieczonego suszu, zamiast o wadze policja informuje o przejętej ilości porcji handlowych. Czemu tak jest, ile wynosi ta legendarna porcja oraz czemu to pojęcie jest niebezpieczne dla użytkowników konopi?

Handlowa porcja marihuany

Jest to pojęcie pojawiające się bardzo często w kontekście problemów prawnych za posiadanie zabronionego suszu konopnego. Pojawia się zarówno w informacjach prasowych oraz aktach oskarżenia w sądzie. Jednak przeważnie nawet sądy nie wiedzą jaka to konkretnie ilość.

Opinia biegłego

Podczas jednej ze spraw sądowych, w której występowałem w roli oskarżonego o niesłychane przestępstwo tj. posiadanie niespełna stu gramów suszu marihuany. W akcie oskarżenia napisano, że posiadałem sto gramów ok tysiąca porcji handlowych. Akt oskarżenia brzmiał od razu znacznie groźniej.

Nie zgodziłem się z opinią prokuratury i wyraziłem swoją, że sto gramów to jest porcja na kilkadziesiąt ciastek i trochę skrętów. Jednak oskarżyciel, który chwilę wcześniej oznajmił, iż już jeden gram marihuany uzależnia stwierdził teraz, że sto gramów to ilość, którą jednorazowo może się odurzyć tysiąc osób. Nie potrafił jednak tego uargumentować, czym według niego jest odurzenie też nie powiedział. Dlatego sad, aby rozstrzygnąć tę kwestię powołał biegłego.

Biegły sądowy przedstawił swoją oficjalną wersję porcji handlowej, oto ona:

Ilość/porcja handlowa, to najczęściej znajdywana najmniejsza ilość suszu. czyli tzw. lufka.

-oznajmił sądowy biegły

Nie dowierzali wszyscy na sali sądowej, po za prokuratorem oczywiście.

Okazuje się, że nie ma konkretnego określenia wagowego dla handlowej porcji marihuany. Jak określił biegły – jest to lufka, czyli bardziej miara objętości niż wagi.

Przeliczanie przez policję suszu na „lufki” brzmi niedorzecznie i może mieć tragiczne konsekwencje dla użytkownika zatrzymanego z suszem. Gdy znajdą przy kimś 15 gramów marihuany i to zostanie wpisane do aktu oskarżenia to ok. Natomiast jeżeli obok w nawiasie pojawi się informacja, że jest to ok 150 porcji to wyrok może być surowszy. Weźmy pod uwagę, że sędzia nie ma zielonego pojęcia o konopiach indyjskich. Gdy trafi mu się sprawa o 150 porcji handlowych, może stwierdzić, że na ławie oskarżonych siedzi diler, a nie zwykły użytkownik, który miał zaledwie 15 gramów.

Dlaczego używa się określenia handlowa porcja marihuany

Robią to policja oraz prokuratura i w mojej opinii wynika to tylko i wyłącznie z chęci wykazania, jak groźne przestępstwo i jak groźnego przestępce się zatrzymało i oskarżyło. Po raz kolejny idzie o sztuczne zawyżanie statystyk etc. Dochodzi do tego ogłupianie i manipulowanie nieświadomym społeczeństwem. Straszenie ludzi, że w ich pobliżu mieszkał przestępca, który posiadał 150 porcji handlowych marihuany, 15 gramów nie robi takiego wrażenia, nie wywołuje takiego lęku.

Służby kochają jeszcze jeden zabieg, który to jakoby podnosi „rangę” czynu. Chodzi o wartości przejętego suszu. Przykład – ostatnio informowaliśmy o likwidacji sporej plantacji urządzonej w pieczarkarni. W trakcie tej realizacji funkcjonariusze zabezpieczyli 30 kg marihuany, której podana wartość to 13 000 000 zł! Dokładnie tak, 13 grubych baniek za 30 kg suszu! Jego wartość w hurcie to ok 600 000 zł a w detalu max 1500000 zł. Jednak jak się wartość zarekwirowanego suszu pomnoży razy 20 i taka informację poda opinii publicznej to efekt PR-owy będzie znacznie lepszy.

Policja nie ma sukcesów związanych z przestępczością narkotykową! Mało tego, prawo zabraniające posiadania marihuany to jest jedna wielka porażka, która ośmiesza policje i samo prawo! Pomyślcie, powiedzmy, że policja zabezpieczy w ciągu całego roku tonę marihuany. Zapewne odtrąbią w mediach sukces. Szkoda tylko, że nikt nie wspomni, że w naszym kraju spala się delikatnie licząc ok 1,5 – 2 tony suszu dziennie. Daje to przynajmniej te 500 ton rocznie, czyli policja przechwyciła w tym założeniu jakieś 0.2% tego co trafiło do obrotu. Dlatego, nie mając sukcesów na tym polu, wolą cie oskarżyć o 150 porcji, zamiast 15 gramów.

Jazda pod wpływem marihuany jest prawnie zabroniona i grozi m.in. utratą prawa jazdy. Takie właśnie konsekwencje dotknęły obywatela Niemiec, który prowadził pod wpływem THC. Kierowca jest jednocześnie użytkownikiem medycznej marihuany i nie zgodził się z opinią, że nie może kierować pojazdem. Sprawa skończyła się w sądzie, który w czwartek wydał wyrok.

Wszystko zaczęło się od skargi mężczyzny z Dormagen (Rhein-Kresi Neuss), który stracił prawo jazdy po prowadzeniu pojazdu pod wpływem marihuany. Ponieważ spożywał konopie indyjskie z powodów medycznych, chciał on prawo jazdy odzyskać. Gdy mu odmówiono, sprawę skierował do sądu.

Sąd Administracyjny w Düsseldorfie: jazda pod wpływem marihuany jest dopuszczalna

Sąd Administracyjny w Düsseldorfie postanowił w czwartek (24.10.2019), że jazda pod wpływem marihuany jest dozwolona. Jest to pierwszy taki wyrok sądu administracyjnego w Niemczech.

Sąd potwierdził co prawda obawy urzędników, że konsumpcja i zdolność skarżącego do prowadzenia pojazdu są nierozłącznie ze sobą powiązane. Jednak walczący o odzyskanie prawa jazdy kierowca przedłożył sądowi raport psychologiczny, który potwierdził, że 35-latek jest w stanie prowadzić samochód pod wpływem marihuany. Na tej podstawie, sąd przyznał mu rację.

Kluczowa jest odpowiedzialność

To, czy konsumenci marihuany mogą prowadzić pojazdy zależy głównie od tego, czy spożycie odbywa się pod nadzorem lekarza i czy nie stwierdzono wpływu marihuany na prawidłowe prowadzenie i ocenę sytuacji, orzekł sąd.

W praktyce oznacza to, że jeżeli pacjent wykaże zdolność kierowania pojazdem pod wpływem marihuany to nie można mu tego zabronić.

Organ może odwołać się od wyroku do Wyższego Sądu Administracyjnego w Münster.

Redaktor prowadzący „Poranne rozmowy RMF” w tym tygodniu gościł w swoim studio Małgorzatę Kidawę-Błońską oraz Włodzimierza Czarzastego, których pytał m.in. o zdanie na temat legalizacji marihuany rekreacyjnej. Rozmowę na ten temat z szefem SLD, prowadzący rozpoczął od pytań o „walenie wiadra” by po chwili przejść do poważniejszej rozmowy.

Małgorzata-Kidawa Błońska pytana o legalizację marihuany przez PO

Na początku tygodnia Robert Mazurek, prowadzący „poranne rozmowy RMF” gościł Małgorzatę Kidawę-Błońską (PO), z którą rozmawiał m.in. o przywództwie w Platformie. Prowadzący audycję pod koniec rozmowy zadał pytanie o legalizację marihuany rekreacyjnej. Kandydatka na premiera z ramienia PO/KO odpowiedziała w sposób znacznie bardziej stonowany niż zrobił to kilka lat temu ówczesny premier tego ugrupowania.

Przypomnijmy, że Donald Tusk będąc premierem oznajmił, że za jego kadencji nie ma mowy o żadnej liberalizacji prawa w tym zakresie.

Kidawa-Błońska zapytana czy PO powinno poprzeć legalizację marihuany odpowiedziała, że w wielu krajach już to nastąpiło jednak sama się nie zna i zdaje się na zdanie ekspertów w tej dziedzinie. Oto cała wypowiedź pani wicemarszałek na ten temat:

Włodzimierz Czarzasty bliski poparcia depenalizacji?

Dwa dni później gościem audycji był Włodzimierz Czarzasty. W trakcie wizyty w studio szefa SLD, Robert Mazurek rozpoczął temat marihuany żartując, że “walenie wiadrem” jest zabawnym grypsem. Czarzasty jednak poprawił redaktora, że mówi się “walić wiadro”, na co redaktor z uśmiechem odparł – w co wy tam walicie to już wasza lewicowa tajemnica.

Jeden z liderów Lewicy oznajmił, że wie, iż Robert Biedroń oraz Adrian Zandberg popierają legalizację marihuany, natomiast on sam skłania się ku depenalizacji.

Mimo, iż nie są to znaczące deklaracje to zdecydowanie lepiej słucha się takich wypowiedzi, niż tych utrzymanych w tonie Donalda Tuska sprzed kilku lat. Dobrze, że politycy zdają sobie sprawę z postępującej na całym świecie legalizacji, teraz czas aby dostrzegli tkwiący w niej potencjał i zaczęli wprowadzać realne zmiany.

Aby zasłużyć na zaszczyt bycia odznaczonym Medal of Honor należy wykazać się męstwem znacznie bardziej wykraczającym poza klasyczne znaczenie tego pojęcia – trzeba wykazać się także brawurą, a to już duże ryzyko ponieważ tylko najodważniejsi potrafią być gotowi na poświęcenie swojego życia w obronie kompanów. Właśnie taką postawą wykazał się Peter Lemon.

I tacy są właśnie Ci odznaczeni Medal of Honor. Wykazali się bohaterską i godną naśladowania postawą zarówno na polu bitwy, jak i w życiu prywatnym. To herosi, którzy wypełniają rzetelnie swoje wojenne obowiązki niezależnie od okoliczności. Tak jak było to w przypadku bohatera naszej opowieści – Petera Lemona, który pod wpływem marihuany, w pojedynkę stawił odpór zmasowanemu szturmowi Komunistycznej Armii Wietnamu.

Przyszły heros urodził się w Kanadzie

Peter Lemon już na zawsze pozostanie na liście obywateli najbardziej zasłużonych dla Stanów Zjednoczonych, ale w rzeczywistości przyszedł na świat w Kanadzie. Urodził się 5 czerwca 1950 roku, w Toronto, w rodzinie posiadającej wojenne tradycje. Do Stanów Zjednoczonych mały Peter przeprowadził się z rodzicami gdy miał zaledwie 2 latka – jego tata otrzymał nieźle płatną posadę w małym miasteczku Alabaster, w stanie Michigan.

To właśnie w Alabaster mały Peter przez całe swoje dzieciństwo dojrzewał w atmosferze przesyconej duchem patriotyzmu i zwłaszcza, antykomunizmu. Peter Lemon otrzymał amerykańskie obywatelstwo gdy miał 11 lat i wyrósł na zagorzałego patriotę swojej nowej ojczyzny – młodzieńca, który był chętny i gotowy pomóc krajowi, w którym się wychował. Taka okazja nadarzyła się później, gdy przyszedł czas wojny w Wietnamie.

28 lutego 1969 roku, tuż przed swoimi 19-stymi urodzinami, Peter wstąpił do wojska i został skierowany na podstawowe szkolenie militarne do sławnego Fort Knox.

Stworzony do służby w armii

Codzienne życie w rygorze wojskowym prowadzone na terenie Fort Knox nie było łatwe. Wszyscy rekruci musieli być przygotowani w maksymalnym stopniu na zagrożenia czyhające na nich w przepastnych i zdradliwych wietnamskich dżunglach. Wyczerpujące treningi i nieustanna presja sprawiały, że wielu rekrutów po prostu wymiękało, ale nie Peter Lemon – on to po prostu kochał.

Będąc chłopakiem, Peter był niezłym urwisem i nigdy nie mógł usiedzieć w jednym miejscu, cały czas poszukiwał nowych, często ryzykownych, wyzwań. Już mając 7 lat nauczył się strzelać z broni długiej i nawet zorganizował własną ekipę strażników wraz z kolegami z sąsiedztwa. Ale trening strzelecki był tylko kolejnym przystankiem na drodze pełnej wyzwań, jakie wciąż stawiał sobie niepokorny chłopak.

Już będąc w wojsku, mody Peter bardzo szybko zaskarbił sobie szacunek kolegów oraz przełożonych i został dowódcą oddziału – co uznawał za zaszczyt i do czego podchodził bardzo odpowiedzialnie. Żołnierze pod wodzą Petera Lemona górowali nad kompanami z innych oddziałów jeżeli chodziło o wyniki treningowe – i to we wszystkich aspektach sztuki wojennej. Na ten sukces złożyło się m. in. to, że Peter nie zmuszał podwładnych do wypełniania obowiązków, ale raczej stanowił dla nich przykład, który starali się naśladować.

Jako wyróżniający się uczeń w swojej grupie, Peter został wysłany do Fort Polk w stanie Luizjana, gdzie miał odbyć zaawansowany kurs strzelecki. Tutaj również należał do elity wśród uczniów i jego przełożeni zadecydowali, że jest gotów stawić czoła realnemu przeciwnikowi na prawdziwym polu bitwy – 24 czerwca 1969 roku Peter Lemon wsiadł na pokład Boeinga 707 i trafił do Południowego Wietnamu.

Już po kilku miesiącach spędzonych w Wietnamie Peter Lemon nie był tym samym człowiekiem, który z wielkim podnieceniem wsiadał na pokład Boeinga 707. Od czas swojego pobytu w tym azjatyckim kraju jego patriotyczny duch i wiara w szlachetne ideały prysły, jak szklana szybka. Widział mnóstwo przypadków bestialstwa swoich własnych kompanów i oficerów. Wierzył do tej pory, że jego kraj prowadzi wojnę przeciwko komunistycznej zarazie, a brutalna rzeczywistość sprawiła, że usunął mu się grunt pod nogami i jego dotychczasowe wyobrażenia o wojnie legły w gruzach. Jedynym celem Petera stało się po prostu przetrwanie tego okrutnego.

Wraz z upływem dni Peter Lemon coraz to bardziej podupadał psychicznie. Nieustannie dręczył się mnóstwem pytań i zaczął poszukiwać sposobu, który pomógłby mu stanąć na nogi i nieco odciążyć skołataną głowę. Tak się składało, że w amerykańskiej armii popularnym „odstresowywaczem” była marihuana, którą żołnierze palili, aby nie popaść w totalną depresję i monotonię. Peter bardzo szybko odkrył, że marihuana pomaga mu w tej kwestii i został regularnym palaczem zioła.

Jako sierżant w Kompanii E, w 2. Batalionie, 1 Dywizji Kawalerii, Peter Lemon był jednym z żołnierzy, którym powierzono zadanie utworzenia bazy artyleryjskiej Illingworth, w prowincji Tay Ninh, co miało miejsce w marcu 1970 roku. Baza Illingworth była jedną z nielicznych amerykańskich baz znajdujących się wzdłuż granicy z Kambodżą. Zadaniem tej, do której był skierowany Peter Lemon, było zapewnianie wsparcia artyleryjskiego frontowym jednostkom daleko w głębi terytorium wroga.

Baza Illinghworth pełniła także jeszcze jedną, być może i ważniejszą rolę – służyła jako swoisty wabik na czające się w przepastnej dżungli hordy wojsk komunistów z Wietnamu Północnego. Amerykański fort stał samotnie w jej sercu i mógłby być otoczony przez wroga z każdej strony.

Ale komuniści doskonale zdawali sobie sprawę, że atakując bazę mogą znaleźć się pod ostrzałem amerykańskiej artylerii i lotnictwa. Przyjęli inną taktykę – postanowili rzucić się na Illingworth całą chmarą, ale pod osłoną nocy. Wówczas artyleria wroga i jego lotnictwo byłyby bezużyteczne, ponadto istniałoby ryzyko, że Amerykanie zbombardowaliby w mrokach nocy własne jednostki.

Peter Lemon stawił czoło dwóm falom komunistów z Vietkongu

Peter Lemon

Tak naprawdę codzienne życie i monotonia wynikająca z rutyny były dla Lemona i jego towarzyszy broni bardzo nudne. Pomiędzy patrolami większość dni spędzali po prostu paląc marihuanę, aby czas upływał im szybciej. 31 marca Peter Lemon akurat wrócił wraz ze swoim plutonem z wieczornego patrolu i udał się na nocny spoczynek.

Tej nocy nie było dane amerykańskim żołnierzom zaznać spokoju. Tuż przed północą radary naziemne ujawniły masowy ruch jednostek wroga nacierający z głębi dżungli. Dowódca bazy Illingworth, porucznik Michael John Conrad wiedział, że jest to szturm komunistów z Wietnamu Północnego i rozkazał własnym jednostkom prewencyjny ostrzał artyleryjski terenu wokół bazy, aby „przekazać” agresorom, że zdaje sobie sprawę z jego ataku i jest na niego przygotowany.

Peter Lemon wraz z innymi żołnierzami momentalnie wybudzeni alarmem ze snu, stanęli na posterunkach gotowi bronić bazy, ale… atak nie nadchodził i zaległa ogłuszająca cisza. Dowódca odwołał alarm bojowy po dłuższym czasie i żołnierze powrócili do swoich łóżek, ale oczywiście nie byli w stanie zasnąć – wyczuwali, że wróg jest w pobliżu i tylko czyha, aby zaskoczyć ich gwałtownym, zmasowanym atakiem.

I wówczas na pomoc znerwicowanym Amerykanom przyszła marihuana. Peter Lemon upalił się na tyle mocno, że wyostrzyły się jego zmysły. Szturm komunistów nadszedł już 1 kwietnia, o godz. 2:17, w Prima Aprillis – to wówczas pierwsze wietnamskie rakiety uszkodziły anteny radiowe w bazie Illingsworth. Tuż po tym agresor zasypał teren jednostki ostrzałem artyleryjskim, po czym do szturmu rzuciło się ponad 400 żołnierzy Vietkongu. Amerykanów było dwa razy mniej, bo tylko 220 i po zniszczeniu anten stacji radiowej nie mieli możliwości wezwać wsparcia co sprawiało, że zmuszeni byli bronić się do ostatniego żołnierza.

W momencie ataku Peter Lemon był już na swoim stanowisku, na które dotarł w błyskawicznym tempie. Gdy tylko zdążył chwycić za karabin maszynowy 50 cal. pojawiła się fala gotowych na wszystko żołnierzy Vietkongu. Peter tak długo pakował kulki w nacierających komunistów, aż zaciął mu się przegrzany sprzęt.

Następnie chwycił swój karabin, który ponownie w pewnym momencie odmówił mu posłuszeństwa zacinając się. Gdy nie miał już żadnej broni ręcznej walczył gołymi rękoma i podobno w ten sposób zabił co najmniej jednego komunistę.

I wówczas doszło do nieplanowanej przez obie strony sytuacji. Dzień wcześniej do amerykańskiej bazy dowieziono 40 ton 8-calowych pocisków artyleryjskich. Co ciekawe, przez pomyłkę, bo amunicja nie miała trafić do Illingworth. Podczas nocnej bitwy wietnamskie pociski trafiały w różne zabudowania Illingworth i w pewnym momencie doszło do wybuchu zgromadzonej w bazie amunicji artyleryjskiej. W potężnej eksplozji zginęło mnóstwo Amerykanów, ale równie dużo Wietnamczyków.

Impet i skala wybuchu powaliły Petera Lemona na ziemię. Zdołał się jednak podnieść i nawet dociągnąć rannego kolegę do najbliższego punktu pomocowego. Mało tego, nie zważając na własne rany, chwycił wiązkę granatów i ruszył ponownie na linię walki!

Gdy próbował przedostać się do kompanów na drugiej stronie bazy ponownie został ranny, tym razem w wyniku ostrzału karabinowego prowadzonego przez Wietnamczyków. Mimo tego nie zaprzestał walki i wciąż prowadził wymianę ognia z napastnikami. W końcu wycieńczony i osłabiony upływem krwi, Peter Lemon stracił przytomność.

Z każdej strony sypią się nagrody

Gdy się obudził było już po wszystkim. Okazało się, że ktoś przeciągnął go do stacji pomocowej, ale po odzyskaniu przytomności Lemon odmówił poddania się hospitalizacji uznając, że jego rany są niczym wobec tych, które odnieśli jego koledzy. Finalnie wszyscy amerykańscy żołnierze otrzymali pomoc, ponieważ nad ranem w bazie pojawiły się helikoptery, które przetransportowały rannych do innych baz.

Pomimo fatalnego położenia w obliczu wietnamskiej agresji, żołnierzom udało się odeprzeć nocny atak w iście bohaterskiej manierze. Z pośród Amerykanów broniących Illingworth 12 otrzymało Purpurowe Serca, kilku Srebrne i Brązowe Gwiazdy, dwóch Krzyże Wybitnej Służby, a jeden Medal of Honor. Zaszczyt ten przypadł właśnie Peterowi Lemonowi, sierżantowi, który upalony marihuaną stoczył walkę ponad swoje siły w obronie… no właśnie, czego?

Przez kilka następnych dekad, Peter odmawiał noszenia tego zaszczytnego odznaczenia. Jak większość jego tamtejszych towarzyszy był rozgoryczony faktem, iż baza Illingworth miała zostać przeznaczona niejako na stracenie z racji bycia przynętą na komunistyczne wojska. Swój Medal of Honor Peter Lemon trzymał… w pudełku na buty. Nie mógł patrzeć na piękny medal ponieważ nie przywoływało to w nim przyjemnych wspomnień.

Wiele lat później dotarło jednak do niego, że przecież wówczas, 1 kwietnia 1970 roku nie walczył tylko za kraj, do którego miał żal, ale chciał ratować przecież swoich kompanów, towarzyszy broni. Uważał, że należy docenić bohaterstwo także innych żołnierzy, którzy dali odpór wietnamskiej nawale.

W końcu Peter Lemon zaczął nosić przyznane mu odznaczenie – nie aby łechtać swoją próżność, ale ku pamięci wszystkich amerykańskich żołnierzy broniących bazy Illingworth przed komunistami.

Jak donosi Yahoo News, rodzice autystycznego chłopca, którzy każdego dnia zmagają się z trudną sytuacją zdecydowali się podać swojemu synowi kannabidiol, którego cudowne działanie sprawiło, że chłopiec zaczął mówić dosłownie po dwóch dniach kuracji olejkiem CBD.

U Kalela Santiago w wieku 10 miesięcy zdiagnozowano rzadką postać raka zwaną nerwiakiem niedojrzałym. Po kilku ciężkich terapiach ostatecznie zdiagnozowano u niego ciężki autyzm, który uniemożliwił mu mówienie.

Według relacji ojca, chłopiec miał dziwne, niepokojące odruchy oraz nie był w stanie mówić. Nieco później wraz z małżonką odkrył szkółkę terapeutyczną znajdującą się niedaleko ich miejsca zamieszkania. Podano tam chłopcu olejek kannabidiolowy, który może mieć spory potencjał w leczeniu zaburzeń psychicznych, w tym właśnie autyzmu.

Już po dwóch dniach terapii z olejkiem CBD, autystyczny chłopiec był w stanie mówić. Jego rodzina nie mogła w żaden sposób opisać emocji, jakie odczuwała gdy usłyszała słowa wypowiedziane przez chłopca. Podobno pierwsze co powiedział, to że bardzo kocha swoją mamę.

Historia tego chłopca to tylko jeden z wielu przypadków, w których po raz kolejny olej kannabidiolowy stał się furtką ku wybawieniu z codziennego cierpienia.

Wskaźniki autyzmu rosną w całym kraju, być może z powodu lepszych systemów nadzoru, czynników środowiskowych lub innych czynników. Niemniej jednak w najlepszym interesie naszego społeczeństwa leży, abyśmy zrobili wszystko, co w naszej mocy, dla osób żyjących z zaburzeniami ze spektrum autyzmu (ASD). Chociaż wzrost rozpowszechnienia ASD jest nowym zjawiskiem, możemy chcieć zbadać niektóre bardzo stare, tradycyjne środki zaradcze, aby dodać do naszego zestawu możliwych interwencji.

To cudowne uzdrowienie jest wielką radością i nadzieją dla wszystkich, którzy zmagają się z problelem jakim jest ASD. Mamy ogromne nadzieję, że jak najwięcej ludzi zostanie wyleczonych ze swoich chorób i schorzeń, a konopie będą doskonałą alternatywną dla kuracji i leczenia wielu przypadłości.

Od przyszłego czwartku, w sieci sklepów Aldi w Szwajcarii, nabyć będzie można sadzonki konopi CBD w promocyjnej cenie. Krzaczek o wysokości 30 -35 cm kosztować będzie 9.99 euro.

Sadzonki konopi CBD za jedyne 9.99 euro

Internetowy prospekt reklamowy sieci Aldi w Szwajcarii zawiera niecodzienną pozycję. Jest to oferta promocyjna na sadzonki konopi CBD. Promocyjna cena krzaczka to 9.99 euro, oferta obowiązuje od 24.10.2019.

Sieć Aldi w swojej reklamie nie podaje szczegółowych informacji co do rośliny. Nie znamy odmiany ani procentowego stężenia CBD. jedyna informacja to to, że stężenie THC nie przekracza 1% ponieważ tyle wynosi szwajcarski dopuszczalny limit THC. W opisie produktu napisano, że jest przeznaczony do pomieszczeń oraz, żeby roślinę trzymać w półcieniu. Z tym ostatnim się jednak nie zgadzamy, im więcej słońca tym lepiej!

Sieć informuje też, że sadzonki będą sprzedawane tylko tymczasowo.

W Polsce aby uprawiać konopie włókniste bogate w CBD oraz zawierające poniżej 0.2% THC należy postarać się o specjalne zezwolenia i o ile dla przedsiębiorców czy rolników nie jest to duża przeszkoda to dla kogoś kto chciałby mieć kilka roślin konopi włóknistych w domu jest to już duży problem.

Oczywiście konopie włókniste mają wiele prozdrowotnych zastosowań dzięki swoim niepsychoaktywnym kannabinoidom, a przy tym nie ma właściwości odurzających (nie mylić z medyczną marihuaną). Dlatego brak możliwości uprawiania choćby kilku sztuk tych wspaniałych roślin we własnym domu lub ogródku jest absurdem!

W tej pracy liczą się zwinne palce, używa się w niej głównie marihuany, którą należy zawinąć w liść tytoniu. Czyli kręci się blanty. Oczywiście wszystko musi być wykonane z mistrzowska precyzją i w odpowiednim czasie. Tak wygląda praca na etacie profesjonalnego bluntrollera u Snoop Dogga. Co oferuje pracodawca? Warunki są interesujące.

Zawodowo kręci blanty

W ramach swojego występu w Howard Stern Show, Snoop Dogg zdradził kilka szczegółów na temat swojego osobistego skręcacza blantów. Snoop oznajmił, że najzwyczajniej nie ma czasu na kręcenie i woli aby ktoś robił to za niego. Gospodarz programu dopytywał jak to wygląda formalnie, jaki zawód podaje gdy ktoś go o to zapyta?

To jego praca, jego zawód, który można określić jako PBR – Professional Blunt Roller.

-powiedział Snoop

Zarobki

Na stanowisku PBR u Snoopa zarabia się nie najgorzej, jest to 40.000 – 50.000 dolarów rocznie. W końcu jest odpowiedzialny za blanty Snoopa. Dodatkowo kilka przywilejów takich jak podróżowanie z pracodawcą czy otrzymywanie części prezentów, które trafiają do Snoopa. Zobaczcie sami co powiedział na ten temat muzyk w trakcie programu.

Ostatnie artykuły

Weednews.pl - portal konopny | marihuana | konopie | medyczna marihuana
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.